Każdy może być kozakiem – rozmowa z Władysławem Kozakiewiczem i Damianem Bąbolem

Władysław Kozakiewicz – urodził się 8 grudnia 1953 r. w Solecznikach pod Wilnem. Lekkoatleta, tyczkarz i wieloboista. Mistrz olimpijski. Złoty medal zdobył na igrzyskach w Moskwie (1980) w skoku o tyczce. Osiągnął wynik 5,78 m, bijąc rekord świata. To właśnie wtedy wykonał słynny gest w stronę gwiżdżących kibiców ZSRR, który przeszedł do historii jako gest Kozakiewicza. Siedmiokrotny mistrz Polski, dwukrotny rekordzista świata. Absolwent poznańskiej AWF. W 1985 r. wyjechał na stałe do Niemiec. Występował z sukcesami w barwach RFN. W Niemczech prowadzi z żoną Anną klinikę rehabilitacyjną, pracuje także jako nauczyciel wychowania fizycznego. Ma dwie córki i dwie wnuczki.

Damian Bąbol – urodził się 8 grudnia 1988 r. Dziennikarz, redaktor serwisu PolskaBiega.pl, współpracownik Radia Złote Przeboje. Współautor książki „Bądź kozakiem i dbaj o siebie” – poradnika, w którym Władysław Kozakiewicz pokazuje, jak zachować zdrowie i dobrą formę mimo upływu lat.

Spróbujmy wytłumaczyć rówieśnikom pana babci i trochę młodszym osobom, co to znaczy „być kozakiem”.

Damian Bąbol: Kozak to dla mnie ktoś, kto potrafi wygospodarować czas, żeby regularnie podejmować aktywność czy też wykonywać opisywane przez nas ćwiczenia. W czasach, gdy w telewizji mamy 300 kanałów, samo znalezienie wolnej chwili stanowi już wyzwanie. Władek ma na to konkretne rozwiązanie: jeśli ktoś chce oglądać telewizję, to niech ogląda, ale przy okazji może ćwiczyć.

Władysław Kozakiewicz: Bycie kozakiem to bycie aktywnym. Ja sam nie potrafię usiedzieć na miejscu. To moja wada, ale i zaleta. Wada – bo muszę się ciągle czymś zajmować. Nie zawsze jest to sport, ale zawsze poświęcam się czemuś, co wymaga ode mnie ruchu i aktywności.

No tak, ale ktoś powie: „Nic dziwnego, że 61-letni Władysław Kozakiewicz jest aktywny, bo to wielki sportowiec i od ponad 40 lat jest aktywny”.

Władysław Kozakiewicz: To błędne myślenie, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Lata ekstremalnego wysiłku na bardzo wysokim poziomie, i to niezależnie od dyscypliny, prowadzą do maksymalnego wycieńczenia organizmu. Obecnie ten „wielki” 60-letni Władysław Kozakiewicz ma każde kolano po cztery razy zoperowane, obie stopy – po dwa razy, oba barki – po dwa razy, a przy tym prawy bark sztuczny. Proszę mi wierzyć, nikt, kto narzeka na swoje zdrowie, mi nie zaimponuje.

Przyznam, że po zakończeniu kariery sportowej, gdy przestałem trenować i zacząłem żyć jak przeciętna osoba, zaprzestałem w dużej mierze aktywności. Trwało to ok. 10 lat, dopóki nie zorientowałem się, że źle robię. Zauważyłem, że im więcej siedzę, tym bardziej mnie boli. Byłem wtedy jeszcze młody, przed pięćdziesiątką, i na nowo podjąłem różne aktywności. To, że w tej chwili jestem aktywny, nie wynika więc z tego, że trenowałem za młodu, ale z tego, że wróciłem do aktywności po zakończeniu kariery. Człowiek musi się ruszać, po prostu.

Prowadzi pan z żoną klinikę w Niemczech. W jaki sposób pomagają Państwo seniorom?

Władysław Kozakiewicz: Świadczymy głównie usługi rehabilitacyjne. Pojawiają się u nas zarówno osoby, które nie są już aktywne, jak i takie, które przyjeżdżają na rowerach, tyle że cierpią na inne dolegliwości. Pacjenci są po operacjach ortopedycznych, ale też po zawałach serca, udarach, wylewach krwi do mózgu czy po przebytych nowotworach. Sam zresztą, po kilku operacjach barków i kolan, byłem u swojej żony na rehabilitacji.

Całość wywiadu ukaże się w książce „Seniorze, trzymaj formę!”, którą Fundacja Instytut Łukasiewicza wyda w maju. Wydawnictwo jest współfinansowane przez Ministerstwo Sportu i Turystyki.

IMAG2140

Maciej Zdziarski (pierwszy z prawej) z Damianem Bąbolem i Władysławem Kozakiewiczem